JAK POWSTAWAŁA KURTYNA

Projekt (szkic) konkursowy Stanisława Wyspiańskiego znajduje się w Muzeum Collegium Maius w Krakowie. Jest niewielkiego formatu obrazem wykonanym na płótnie w technice temperowo-olejnej.

Dyrektor Krzysztof Głuchowski spytał mnie, czy namalowałbym kurtynę w teatrze Słowackiego oraz czy w ogóle jeszcze zajmuję się malowaniem takich wielkoformatowych, ponad stumetrowych dzieł. Potwierdziłem. On właśnie nosił się z zamiarem powieszenia w teatrze kurtyny według projektu Stanisława Wyspiańskiego. Pragnął w taki właśnie spektakularny sposób podkreślić olbrzymią rolę, jaką Stanisław Wyspiański odegrał w rozwoju rodzimego dramatopisarstwa.

Warto w tym miejscu przytoczyć słowa Dyrektora:

Wyspiański jest dla nas duchowym przewodnikiem, dlatego ten pomysł, aby mieć w teatrze artefakt związany ze Stanisławem Wyspiańskim, po którym nic nie pozostało, a przecież wiecie Państwo, że stoję teraz na deskach, gdzie była prapremiera Wesela, Wyzwolenia, Nocy listopadowej, Warszawianki, prapremiera Dziadów Adama Mickiewicza, w inscenizacji Stanisława Wyspiańskiego. Także w ten sposób chcieliśmy zadośćuczynić, złożyć hołd naszemu Wielkiemu Mistrzowi”.

Wyspiański razem z Mehofferem wysłali na konkurs projekty, które wykonali w Paryżu. Wyspiański, wówczas 21-letni, wykazał się biegłą znajomością mitologii i legend greckich. Jako bardzo młodemu, jeszcze niespecjalnie znanemu artyście, Wyspiańskiemu niestety nie powierzono wykonania kurtyny. A ponadto, Henryk Siemiradzki zadeklarował, że wykona tę kurtynę po kosztach materiałów. Projekt Wyspiańskiego został wykonany na płótnie o wymiarach ok. 60 x 80 cm; znajduje się on obecnie w zbiorach Muzeum Collegium Maius UJ (w zasobach magazynowych).

Gdy zobaczyłem ten szkic po raz pierwszy, udostępniony mi przez panią Annę Jasińską (kustosza Zbiorów Malarstwa), aż usiadłem z wrażenia. Panią Annę poznałem zresztą już wcześniej, przy okazji identyfikowania obrazu, co do którego istniało uzasadnione domniemanie, iż może być zaginionym portretem Teodora Talowskiego.

Uświadomiłem sobie wtedy, że muszę przecież nauczyć się rysować i malować po „wyspiańsku”. Nie przeraziło mnie to wcale, lubię bowiem wszelkie wyzwania, ale też zdałem sobie zarazem sprawę z tego, co mnie czeka. Projekt zacząłem od wyboru najzdolniejszych, moim zdaniem, absolwentek Wydziału Grafi ki ASP w Krakowie do pomocy. Potencjalne kandydatki przedstawił mi Stanisław Juszczak, doktorant z naszego Wydziału, również zaproszony do współpracy.

Pomny licznych doświadczeń nabytych przy okazji malowania kopii Pochodni Nerona wiedziałem jedno – przy tego typu wielkoformatowych realizacjach kwestia podejmowania kluczowych decyzji wykonawczych musi być skupiona w jednej głowie. Wszyscy musimy zapomnieć o własnych artystycznych ambicjach, gdyż jedynie takie poprowadzenie prac całego zespołu może zapewnić finalny sukces.

A zresztą, znane są przecież w historii kłótnie i niesnaski wybuchające pośród rozmaicie dobranych zespołów artystów, miedzy innymi przy powstawaniu różnego rodzaju panoram; przypomnijmy choćby słynną bijatykę Fałata z Kossakiem w Galerii Zachęta w Warszawie.

Na szkicu projektowym Wyspiańskiego znajduje się ponad 20 kobiecych torsów, co tym bardziej wymaga zachowania dużej precyzji i samodyscypliny w posługiwaniu się pędzlem na wysokościach. Aby jednak w ogóle mieć szanse stanięcia na wysokości zadania, konieczna była odpowiednia gabarytowo hala, w której mogłyby swobodnie operować podnośniki z platformami. I właśnie te absolutnie nieodzowne warunki dla tego wielkiego malarskiego projektu umożliwił nam Andrzej Serafin. A malowali wraz ze mną kurtynę: Alicja Wójcik, Marta Wojtuszek oraz Stanisław Juszczak.

Zanim jednakże dotknęliśmy pędzlem płótna, wykonaliśmy cały szereg szkiców o bardziej lub mniej uszczegółowionych konturach. Poprosiłem o konsultacje najlepszych specjalistów, Martę Romanowską i Zbigniewa Beiersdorfa, oraz wielu zaprzyjaźnionych malarzy. W moim przeświadczeniu, podjęcie każdej kluczowej „technicznej” decyzji w kwestii szczegółowości rysunku czy kolorystyki wymagało najpierw osiągnięcia pragmatycznego konsensusu.

Kurtyna ma wymiary 12 m x 10 m. Niestety, już podczas samego montażu kurtyny nad sceną okazało się, że oryginalny projekt w tych proporcjach autorstwa Wyspiańskiego, w realnej skali jest o 1 metr za wysoki. W związku z tym musiałem kurtynę skrócić, podobnie zresztą jak niegdyś Siemiradzki, nie było bowiem technicznej możliwości podniesienia jej w całości, a następnie ukrycia w przestrzeni nad sceną.

Przygotowania do malowania kurtyny(studia fragmentów kurtyny w skali 1:1)

MONTAŻ KURTYNY W TEATRZE W KRAKOWIE

Powstawanie kurtyny według szkicu Stanisława Wyspiańskiego

Pierwsza publiczna prezentacja kurtyny: Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, 9.10.2018, godz. 11
Animację wykonał dr Dawid Kozłowski, Pracownia Obrazowania Multimedialnego (Wydział Form Przemysłowych) ASP Kraków.
Odsłonięcie kurtyny poprzedził występ Agnieszki Judyckiej. Akompaniują jej Halina Jarczyk wraz z pianistą.

Relacja z odsłonięcia kurtyny według szkicu Wyspiańskiego

Prace nad ukończeniem kurtyny
Zespół wykonawców w komplecie oraz Haneczka: Ala Wójcik, Tadeusz Bystrzak, Staś Juszczak, Marta Wojtuszek

Kulisy powstawania kurtyny Wyspiańskiego

 

Małgorzata Wach: „Moja kurtyna jeszcze zawiśnie w tym teatrze”, powiedział młody Wyspiański. Jego słowa spełniły się po 126 latach. Co Pan czuł, kiedy kurtyna w końcu opadła?

Tadeusz Bystrzak: Ulgę, że się udało.

M.W.: Mogło się nie udać?

T.B.: Mogło! Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę tempo pracy, narzucone przez dyrekcję teatru. To był wyścig z czasem. Kiedy zbliżał się termin odsłonięcia kurtyny, liczyliśmy nie dni, a godziny.

M.W.: Kiedy zegar zaczął tykać?

T.B.: Kilka miesięcy wcześniej, ale samego Wyspiańskiego nosiłem w głowie blisko rok. Zaczęło w 2017 r. spotkaniem z Krzysztofem Głuchowskim, który – przy okazji zupełnie innego tematu – zapytał, czy maluję jeszcze takie duże rzeczy, jak Pochodnie Nerona. Powiedział, że marzy o tym, żeby w Teatrze Słowackiego zawisła kurtyna Wyspiańskiego. Nie było mowy o żadnych konkretach, bo nie było na to pieniędzy, ale już mi ten Wyspiański zakiełkował w głowie. Zacząłem mu się bliżej przyglądać.

M.W.: W jaki sposób?

T.B.: Przy okazji wizyty w Warszawie, umówiłem się na spotkanie z Renatą Higersberger, kustoszem w Muzeum Narodowym i poprosiłem, żeby mi pokazała rysunki Wyspiańskiego, które muzeum ma w swoich zbiorach. Zacząłem je kopiować. Najpierw w małej skali, później w formacie odpowiadającym wielkości kurtyny. Nie liczyłem na to, że do tego projektu w ogóle dojdzie, ale z drugiej strony, już trochę znałem Krzysztofa i wiedziałem, że jest bardzo upartym człowiekiem. Kilka miesięcy później zadzwonił z informacją, że udało mu się zdobyć pieniądze z Małopolskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Poszedłem do Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego, żeby zobaczyć oryginalny szkic kurtyny  i… usiadłem.

M.W.: Dlaczego?

T.B.: Bo samego malarstwa jest tam może metr na siedemdziesiąt. A ja miałem z tego zrobić płachtę o wielkości stu metrów kwadratowych.

M.W.: Miał Pan już za sobą doświadczenia związane z kopiowaniem obrazu Pochodnie Nerona Henryka Siemiradzkiego, który ma ponad siedem metrów długości i blisko pięć metrów wysokości.

T.B.: To prawda. Różnica była jednak taka, że Pochodnie… malowałem w skali jeden do jednego. Projekt Wyspiańskiego jest natomiast maleńkim szkicem, który trzeba było przenieść na płótno wielkości 11,9 metra na 9,6 metra. Sama wielkość obrazu mnie nie przerażała, bo miałem w swoim dorobku nie tylko Pochodnie…, ale również wiele murali, wnętrz i malarstwa iluzjonistycznego. Przerażało mnie to, czy będę umiał właściwie ten szkic odczytać i skopiować. Wiedziałem, że sam temu nie podołam w tak krótkim czasie. Dlatego stworzyłem zespół, który ze mną malował i powołałem komisję, z którą konsultowałem realizację projektu.

M.W.: Zacznijmy od osób z którymi Pan malował.

T.B.: Zaprosiłem do współpracy absolwentów krakowskiej ASP: Alicję Wójcik, Martę Wojtuszek i Stanisława Juszczaka. Młodych i bardzo ambitnych ludzi. Stasiu robi doktorat na wzornictwie. Marta i Ala są po grafice. Ostatecznie to ja jestem podpisany pod kurtyną, ale bez nich tej kurtyny by po prostu nie było.

M.W.: Zaskakujące, że nie wybrał Pan do współpracy malarzy.

T.B.: Zrobiłem to świadomie. Każdy malarz ma własną technikę i zdanie. W tym przypadku trzeba się było pozbyć własnych ambicji. Wyspiański był tym, którego mieliśmy jak najwierniej namalować i tyle.

M.W.: Z kim konsultowaliście swoją pracę?

T.B.: Osobą, której najwięcej zawdzięczam, jest Pani Marta Romanowska, będąca m.in. twórcą i wieloletnim kierownikiem Muzeum Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie. W komisji znaleźli się też Zbigniew Beiersdorf i Mikołaj Kornecki oraz kilku malarzy. Kiedy nie byliśmy pewni jakiegoś detalu albo techniki, prosiliśmy o konsultacje. W wiernym odtworzeniu obrazu pomagały nam też… smartfony. Dzięki nim, mogliśmy zrobić zdjęcia detal po detalu, a później je powiększać i poprawiać każde uderzenie pędzla.

M.W.: Gdzie powstawała kurtyna?

T.B.: Krzysztof Głuchowski zaproponował, żeby ją malować na scenie Teatru Słowackiego, ale ta scena jest na to po prostu za mała. Ostatecznie malowaliśmy ją w Skale, w hali należącej do firmy Serafin. Firma zajmuje się sprzedażą kosiarek, koparek i innych urządzeń ogrodniczych oraz budowlanych, które się w tej hali przemieszczają. Mało komfortowe warunki na tworzenie wielkiego dzieła. Kiedy maluję potrafi ę się całkiem wyłączyć. Wynajęcie osobnej hali na kilka miesięcy zjadłoby moje honorarium. A przecież dochodzą koszty: płótno, farby, pędzle, patyna, benzyna, jedzenie, transport, pomoc w postaci asystentów. Nigdy nie wiem, ile finalnie będzie kosztować moja praca. Podobnie było tym razem. Żona czasem mówiła „Tadek, całe wakacje zasuwasz od 7 rano i co?”.

M.W.: No właśnie.

T.B.: I wiem, że ta kurtyna mnie przeżyje.

M.W.: Powiedział Pan, że ruch w hali nie był dla Pana „jakimś specjalnym” utrudnieniem, a co nim było?

T.B.: Czas. Były dni, że staliśmy na wózku i drabinach od 7 rano do 15. Kolejną rzeczą, z którą musieliśmy się zmierzyć, była wysokość hali. Miała zaledwie 7 metrów, a kurtyna była o trzy metry dłuższa. Na szczęście Michał Popiel skonstruował maszynerię, która nam pozwalała tę kurtynę zwijać i rozwijać.

M.W.: To znaczy, że na etapie malowania, nie widzieliście całej kurtyny?

T.B.: Zobaczyliśmy, ją dopiero w Teatrze Słowackiego miesiąc przed oficjalnym odsłonięciem. Daliśmy sobie taki czas, żeby nanieść ostatnie poprawki i nałożyć patynę. I wtedy okazało się, że kurtyna jest prawie metr za długa i trzeba ją będzie przyciąć.

M.W.: Żartuje Pan?

T.B.: Mówię całkiem serio. Miara była brana z kurtyny Siemiradzkiego, a właściwie z tego, co było powszechnie wiadomo na jej temat. Okazało się, że 125 lat temu, ktoś ją błędnie wymierzył i zapisał, że ma 9,6 metra wysokości. Do ubiegłego roku wszyscy tak uważali. Tymczasem jest krótsza prawie o metr. Nie można było tego ukryć, bo obie kurtyny podnoszą się i opadają w pionie, więc ten metr byłoby po prostu widać.

M.W.: Co Pana najbardziej zaskoczyło podczas pracy nad tym obrazem?

T.B.: Kiedy zacząłem się bliżej przyglądać historii szkicu, dotarło do mnie, że Wyspiański stworzył go mając zaledwie 23 lata. Patrząc na ten projekt, z jednej strony widać ducha młodego człowieka, z drugiej – trudno nie odnieść wrażenia, że każdy detal jest dokładnie przemyślany. Ten obraz po prostu kipi od symboliki. Konkurs w 1892 r. wygrali młodzi artyści, Jadwiga Bogucka i Tomasz Lisiewicz, ale żaden z ich projektów nie został zrealizowany. Ostatecznie wykonanie kurtyny zlecono Henrykowi Siemiradzkiemu, który cieszył się już wówczas sławą w Europie. Wyspiański – mówiąc delikatnie – za nim nie przepadał.

M.W.: Mówiąc bardzo delikatnie. Przytoczę fragment listu, który napisał do Lucjana Rydla tuż po tym, jak zobaczył kurtynę Siemiradzkiego: „Pomysł jest najściślej banalny (…) Kompozycja cała według mnie jest studencka i nie wskazuje na żadną indywidualność myślącą. Dobre i znakomite jest wykonanie, szczegóły są staranne, nieraz i piękne, poprawne. (…) Pochodnie Nerona są śliczne (…) ale kurtyna jest zerem”. Śmiałe słowa!

T.B.: To prawda, ale trzeba pamiętać, że przytoczony cytat pochodzi z prywatnej korespondencji. Nie jestem pewien, czy Wyspiański powtórzyłby te słowa publicznie.

M.W.: Teraz obie kurtyny wiszą obok siebie… Myśli Pan, że Wyspiański z Siemiradzkim byliby z tego zadowoleni?

T.B.: Myślę, że byliby bardzo zaskoczeni. O ile jednak Siemiradzki dostał na swoją kurtynę zlecenie – wypada dodać, że zrobił to po kosztach – o tyle Wyspiański zapracował na nią całym swoim życiem i tym, co zrobił nie tylko teatru, ale całego Krakowa!

Rozmowa powstała w ramach bloga jakdzialateatr.pl

fot. Piotr Kubic

Znów w Krakowie!

Tego jeszcze nie było… Tadziu Bystrzak specjalnie dla mnie opuścił kurtynę w teatrze im. Słowackiego!!! Namalował ją rok temu. Metafizyczne przeżycie. Kurtyna powstała w/g projektu Wyspiańskiego… Moje fascynacje Młodą Polską ożyły… Dziękuję Ci Tadziu.

Mariusz Bogdanowicz

Wykłady w ramach programu „Myśląca ręka” w Teatrze im Juliusz Słowackiego